sobota, 17 czerwca 2017

LEKCJA ŻYCIA [wywiad]

“Rozmawiaj z rodzicami, z osobami starszymi, ale zwłaszcza rozmawiaj z dziadkami. Pytajcie ich, bo oni są mądrością narodu – tak prosił 31 VII 2016 r. papież Franciszek na spotkaniu z wolontariuszami Światowych Dni Młodzieży w TAURON Arena w Krakowie – Jeśli chcesz być nadzieją przyszłości, musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci”. 

To zadanie jest lekcją do odrobienia przez nas wszystkich, bo dziadkowie są nosicielami wartości, obecnie deficytowych, których potrzebuje nie tylko młode pokolenie, ale współczesny świat. A ponieważ ludzie starsi nie nadążają za zdobyczami nauki, więc ich nie widać i nie słychać na Twitterach, Facebookach czy smartfonach, a przecież są mądrzy i doświadczeni, mogliby służyć wiedzą i być przewodnikami. Następnie przychodzi taki czas, że odchodzą do Pana Boga, a my pozostajemy z pytaniami, których nie było kiedy zadać. A życie bez odpowiedzi czasami bywa trudne. 

Stąd ten wywiad, który przeprowadziłam z s. Danutą, najstarszą siostrą (75 lat) w naszym Zgromadzeniu. Padające w nim pytania i odpowiedzi mogą pomóc w naszych rozmowach ze starszymi ludźmi, o które prosił sam papież.




Jakie wartości uważa Siostra za najważniejsze w życiu i jakie się sprawdziły? Czy da się to ująć w jakąś dewizę?

“Bóg, honor, Ojczyzna” – i ludzie, najbliżsi i dalsi. Wierność Bogu, ludziom i zasadom, które przekazali mi przede wszystkim rodzice, a także katecheci, nauczyciele, przyjaciele, literatura.
Te trzy wartości, trzy miłości – miłość do Boga, miłość do ludzi, miłość do Ojczyzny – powiązane są ze sobą, a cała reszta jest temu podporządkowana. Wiele razy byłam w sytuacji, w której te wartości były szczególnie ważne. Nie wiedziałam, że istnieją inne modele życia, niż zbudowane na tych fundamentalnych wartościach. Gdy byłam dorosła i poznawałam świat, zobaczyłam, że nie wszyscy tak żyją. To mnie zdumiewało i to mnie martwiło. Wyrosłam w klimacie wartości, które były czymś tak oczywistym, tak naturalnym, że nawet mi przez myśl nie przeszło, że są inne rzeczy ważniejsze dla niektórych ludzi niż te dobra.

Czy Siostra pamięta coś z drugiej wojny światowej?

Z wojny nie pamiętam nic, miałam rok, jak przez naszą miejscowość przeszedł front. Wojnę znam z opowiadań. Ojciec, zanim poznał mamę, brał udział w obronie Warszawy. Potem oboje rodzice pracowali w tajnym nauczaniu, ryzykowali bardzo wiele, ucząc dzieci na tajnych kompletach. Za to groziły represje, aż po utratę życia. Raz mama znalazła się w dramatycznej sytuacji: podczas lekcji wszedł Niemiec albo może granatowy policjant, który, gdy zobaczył mamę i zgromadzone dzieci, zorientował się, co się dzieje, ale… udawał, że nie wie, o co chodzi.

Gdy front przechodził przez naszą miejscowość, ludzie uciekali przed działaniami wojennymi. W nasz dom uderzyła bomba. Moi rodzice szli pieszo, ponad sto kilometrów, z miejscowości rodzinnej ojca do rodziców mamy. Podczas przeprawy przez Wisłę Niemcy i Rosjanie przepuszczali cywilów, wstrzymując ogień. Ale potem trzeba było iść dalej, przedzierać się przez lasy. Po drodze spotkali jakiegoś Rosjanina, który wojskowym autem jechał przez las. Ojciec go zatrzymał, prosząc, żeby podwiózł naszą trójkę (mama, tata i ja – roczne dziecko na ręku mamy). Pokazywał, że ma kiełbasę, którą za to zapłaci. “Dobrze! Wsiadajcie”. Ale jak samochód ostro ruszył, kiełbasa wypadła. Ojciec zaczął stukać w szoferkę, ale kierowca się nie zatrzymał. Gdy dojechali na miejsce, Rosjanin zawołał: “Dawaj tę kiełbasę”. Ojciec zaczął tłumaczyć, że wypadła, gdy wsiadali. Ale rozwścieczony żołnierz chwycił za rewolwer, celując w ojca. Mama zasłoniła mną tatę. Rosjanin machnął ręką i odjechał.

Udało się przeżyć rodzicom, bo byli razem, pokładali ufność w Bogu. Wojna była tragiczna: niepewność jutra, każda godzina groziła rozłąką, śmiercią najbliższych. Rodzice, jak wszyscy, żyli niepokojem, czy i kiedy się to skończy, czy przeżyjemy. Pamiętam taką opowieść mamy: kiedy się poznali – było to w połowie wojny – i zamierzali się pobrać, ojciec (wówczas już narzeczony) powiedział mamie: “Poczekajmy, aż wojna się skończy, bo nie wiadomo, co się ze mną stanie”. A mama na to: “Proszę pana, nie ma na co czekać, jeśli pan zginie, to będę wdową po panu,. a tak to nie wiadomo kim”. No i pobrali się. Ja się urodziłam rok przed końcem wojny.

Jakie było najważniejsze zadanie w Siostry życiu?

Może odpowiem ogólnie: wciąż nowe zadania pojawiały mi się z biegiem lat. Na początku wiedziałam, że mam się dobrze uczyć, rzetelnie przykładać się do nauki, by skończyć szkołę. Potem studia, odkrycie swojej drogi w życiu, praca. I choć nie odstępuję oczywiście od tego głównego zadania, które otrzymałam od Boga, dochodzą inne, które się z nim splatają. Bóg przewidział wszystko, co było mi w życiu potrzebne. Na przykład od kilkudziesięciu lat pracuję nad adiustacją tekstów. Pomocną w tym jest precyzja matematyczna, którą mam po ojcu, oraz wytrwałość, której nauczyłam się od obojga rodziców, umiejętność “przysiadu”, wielogodzinnego siedzenia przy biurku. Mój odpoczynek to zmiana zajęć, a urlop to rzucenie się w literaturę piękną. Zadania przychodzą z upływem życia, nie ja je wymyślam. Im człowiek jest starszy, tym bardziej widzi, że to Bóg nami steruje, wydarzeniami, okolicznościami, spotkaniami z ludźmi.




Jakie wartości przekazali Siostrze rodzice?

Tak jak powiedziałam na początku: Bóg, miłość rodzinna i do innych ludzi, pomaganie innym, zwłaszcza będącym w potrzebie. Tych wartości nie przekazywali słowami (nie pouczali, nie mieli takiego zwyczaju), ale życiem własnym. Mama miała naturę żywą, emocjonalną, tata był spokojny, systematyczny. Pozwalał się mamie wygadać, kiedy się denerwowała, kładł uszy po sobie, bo chciał, by to ona rządziła w domu. Jednak w szkole było inaczej, to on rządził. Był nauczycielem twardym, bardzo wymagającym, za to na maturze stwarzał atmosferę życzliwości i pomagał licealistom przejść przez ten trudny egzamin. Co do mnie, wszystkie zadania, kartkówki, klasówki z matematyki zaliczałam znakomicie, nie musiałam się uczyć, matematykę miałam we krwi. Aż pewnego dnia wyrwana do tablicy przez ojca miałam udowodnić, że przez dwa punkty przechodzi tylko jedna prosta. “Nie znasz dowodu? Przykro mi, siadaj, dwója”. Dla mnie było to oczywiste, że przez dwa punkty przechodzi jedna prosta, po co więc uczyć się czegoś, co to udowadnia? Dostałam pierwszą w życiu dwóję (i ostatnią), i to od własnego ojca, który potem się do mnie przez pół dnia nie odzywał.

Ojciec był człowiekiem kryształowo uczciwym. Wtedy były takie czasy, że wszyscy nauczyciele obowiązkowo należeli do PZPR, ojciec również (znalazł się w partii automatycznie, bo przed wojną należał do PPS, a jak wiadomo, po wojnie połączono PPS z PPR i powstała z tego PZPR). Gdy syn jakiegoś prominenta oblał egzamin z matematyki i dyrektor na posiedzeniu rady pedagogicznej naciskał na ojca, aby zmienił ocenę, grożąc konsekwencjami: “Panie kolego, pan jest w partii”, ojciec wyjął legitymację partyjną i rzucił ją na stół. Rezygnując w ten sposób z przynależności do PZPR, liczył się z tym, że może stracić pracę (a wówczas był jedynym żywicielem rodziny), ale incydent ten nie wydostał się poza radę pedagogiczną.
Mama była nauczycielką przez wiele lat, ale zawiesiła swą pracę, kiedy się mój młodszy brat urodził. Wówczas żłobek prowadziły siostry zakonne, których kornetów – niczym parasoli na głowie – bał się braciszek, więc mama zrezygnowała ze szkoły na kilka dobrych lat, by zająć się jego wychowaniem. Ojciec musiał zarabiać na utrzymanie rodziny, wziął więc potrójny etat: obok liceum ogólnokształcącego, gdzie pracował, uczył także w ogólnokształcącym liceum wieczorowym i w liceum korespondencyjnym oraz dawał w domu korepetycje. Były wtedy bardzo ciężkie czasy. Rodzice dawali dzieciom, co najlepsze: my jedliśmy chleb posmarowany masłem, oni margaryną. Raz w roku były pomarańcze (po jednej) pod choinkę. Bieda materialna uczyła nas skromności, pokory, niestawiania wymagań życiu, dzielenia się tym, co się miało. Gdy dostawałam czekoladkę, szłam do brata, aby mu dać połowę – istniała między nami taka mała wymiana różnych dóbr drobnych. Przez te znaki materialne okazywaliśmy sobie serdeczność i życzliwość. Tak reagowaliśmy, widząc poświęcenie naszych rodziców.

Co rodzice Siostry uważali za miłość do Ojczyzny?

Rzetelną pracę zawodową. Byli społecznikami. Swą nauczycielską posługę – wychowywanie dzieci – traktowali jako wnoszenie swego wkładu w dobro społeczeństwa. Ojciec brał udział w partyzantce i, jak wspomniałam, w obronie Warszawy, ale gdy założył rodzinę, nie chciał walczyć w konspiracji. Rodzina i zawód nauczyciela to była ich mała Ojczyzna, małe poletko, które rodzice pieczołowicie uprawiali, czując się za nie odpowiedzialni przed Bogiem.

Jakie ma Siostra wzorce, jakich bohaterów podziwia? 

Z literackich bohaterów chyba najbardziej Kmicica i Winicjusza za ich konwersję, a jeśli chodzi o życie – to rodziców. Dziadków właściwie nie znałam (byłam w szkole podstawowej, kiedy zmarli, wcześniej byli mocno schorowani, więc nie potrafiłam z nimi rozmawiać). Pamiętam kilku katechetów, którzy uczyli nas miłować Boga, miałam też nauczycielkę historii w liceum (mam zresztą do dziś z nią kontakt), która w najczarniejszych czasach stalinowskich odpowiedziała w naszej klasie na pytanie, co to jest Katyń.

Ulubiona lektura?

Wszystkie pozycje Sienkiewicza, Singrid Undset i wielu innych pisarzy katolickich, z lżejszej literatury Kornel Makuszyński. Wszystko, co dotyczy Polski i historii Kościoła rzymskokatolickiego. Literatura faktu, zwłaszcza z czasów drugiej wojny światowej. Ważne jest dla mnie, żeby to była lektura czytana, a nie oglądana na ekranie, bo wówczas całe bogactwo lektury się rozmywa, przepuszczone przez wizję reżysera, a przecież nie chodzi tylko o poznawanie treści, rozwija się wyobraźnia, dobre książki są też bezcenną szkołą dobrej polszczyzny. Dlatego z niezmiennym zainteresowaniem mogłabym wciąż czytać “Trylogię”, “Krzyżaków”, “Quo vadis”.

Jakie rodzice stosowali metody wychowawcze – jak nagradzano, jak karano?

Dla mnie i dla brata było czymś oczywistym, że trzeba czynić dobrze, że nie ma więc nas za co chwalić, bo wykonywaliśmy po prostu swoją powinność. Nagroda byłaby chyba przyjęta z zażenowaniem, skoro zachowywaliśmy się, jak trzeba. Nagród więc nie było żadnych, nie byliśmy chwaleni za sprawy oczywiste. Kary? O sprawach trudnych mogliśmy śmiało i szczerze z rodzicami rozmawiać. Nigdy nas nie uderzyli, nie zabierano nam rzeczy, na których nam zależało; nie odmawiano dostępu do nich, nie odbierano przyjemności. Raz jeden pamiętam, że mama w bezradności swojej, gdy gotowała obiad, zdzieliła mnie i brata ścierką przez plecy za to, że się pobiliśmy, a ona nie miała czasu, by nas pogodzić – ja byłam starsza i nie chciałam ustąpić, a brat był młodszy, ale za to silniejszy ode mnie.



Rodzice z wielką delikatnością i wyczuciem odnosili się do naszych zainteresowań, pragnień. Na przykład muzyka: najpierw uczyła mnie gry na fortepianie (chyba za darmo) starsza sąsiadka, potem rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej. Pewnego dnia zauważył ojciec, że podczas snu ćwiczyłam na kołdrze “palcówki” – i po naradzie z mamą kupił mi... fortepian. Wyobrażam sobie, kosztem jakich wyrzeczeń, bo były to czasy trwającej nadal biedy (to zresztą był też powód, że ludzie pozbywali się sprzętów niekoniecznych, by niewielkie pieniądze uzyskane ze sprzedaży inwestować w życie codzienne). Ale inny incydent chyba jeszcze lepiej ilustruje miłość ojca do nas, dzieci. Któregoś dnia byłam pochłonięta lekturą tygodnika “Film” (w tym czasie – przełom podstawówki i liceum – bardzo się interesowałam sztuką filmową), ojciec stanął przede mną i coś do mnie mówił, a ponieważ widział, że nie słuchałam, wyszarpnął mi gazetę z ręki i przedarł ją na pół. Nic nie powiedziałam, spojrzałam tylko na ojca z okropnym wyrzutem i wybuchnęłam płaczem. Tata wyszedł i wrócił po kilku godzinach... z “Filmem” w ręku. Potem okazało się, że przeszedł całe miasto, pytał o tę gazetę w chyba trzydziestu kioskach, wreszcie dostał ją w ostatnim. Położył ją przede mną na stole i cicho wyszedł. Nie padały u nas w domu słowa "dziękuję", "przepraszam", zamiast nich były takie właśnie niezliczone gesty. Myślę, że brat też mógłby opowiedzieć o niejednym takim wydarzeniu. Gdy trochę dorósł, zapragnął grać na gitarze, więc zaraz dostał gitarę. Ale dzięki rodzicom realizował też wiele innych swoich marzeń. W końcu, kiedy się ożenił, rodzice sprzedali dom (który z trudem sami przez lata budowali) i kupili mu mieszkanie w Warszawie – a mnie samochód.

Wobec siebie wzajemnie byli rodzice bardzo serdeczni, ale ta serdeczność nie przejawiała się w czułych gestach czy słowach, tylko w zauważaniu potrzeb, zmęczenia, zmartwień. O sprawach ważniejszych decydowali wspólnie (ojciec starał się bardzo, by mama była przekonana, że to ona ma decydujący głos). Uzupełniali się w domowych obowiązkach: ojciec wykonywał cięższe prace, jak noszenie węgla z piwnicy na drugie piętro, robienie zakupów, trzepanie chodników, mama zajmowała się gotowaniem, praniem, sprzątaniem – choć zdarzało się, że ojciec wyręczał ją nawet w gotowaniu, we wszystkim zresztą, gdy tylko mógł.

Co Siostry rodzice powiedzieliby obecnie współczesnemu światu?

Żeby strzec wiary, żyć według Ewangelii, bo bez Boga świat się nie ostoi. By nieustannie zwracać się ku wartościom nieprzemijającym, bo tylko one w życiu się sprawdzają. Te wielkie wartości, jak wiara w Boga i miłość do ludzi, wyrażają się w wartościach codziennych: w wierności, prawdomówności, pracowitości, życzliwości, w byciu uczciwym człowiekiem.

Nie wiem, czy obecnie świat jest gorszy, czy bardziej zagubiony niż kiedyś. Teraz rzeczy straszne docierają do nas częściej i na większą skalę, bo są nagłaśniane i powielane przez media (wtedy też się działy, ale o nich po prostu nie wiedzieliśmy). Współczesne zagrożenia przyjmują może inny kształt niż te dawniejsze, czy też zmieniają swą treść, choć generalnie wyrażają podstawową prawdę, że jeśli Boga nie ma na pierwszym miejscu, to wszystko jest w chaosie.

Czy młodzież teraz jest taka sama, jak dawniej, czy inna?

Myślę, że jest taka sama, do momentu, kiedy nie nałyka się tych nowinek, które niesie współczesny świat liberalny i podaje w sposób kłamliwy, co wpływa na niszczenie myślenia młodego człowieka, na uszkadzanie jego kręgosłupa moralnego. Przykładem może być choćby sprawa odejścia od natury, gdy serwuje się ludziom ideologię gender czy wmawia się im, że związki jednopłciowe są naturalne. Jeszcze kilkanaście lat temu lekarze nazywali homoseksualne skłonności dewiacją – nie są one czymś wrodzonym, lecz nabytym z powodu określonego, patologicznego układu panującego w rodzinie.

Czego dziadkowie oczekiwaliby od wnuków?

Dojrzałości. By przyjmowali te odwieczne wartości, które mają źródło w Bogu. By wzrastali do samodzielnego życia. By ich pozytywny, właściwy rozwój nie był niczym zakłócony. Ale to już apel do rodziców, do rządzących, do ludzi mediów i całego społeczeństwa.



Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Z s. Danutą CHR rozmawiała s. Alicja Rutkowska CHR


wtorek, 2 maja 2017

Wyprawa Ojca do katedry

Nasz Ojciec, emerytowany biskup sandomierski, od dawna pragnął ponownie odwiedzić katedrę, w której 25 lat temu otrzymał święcenia biskupie, a następnie przez lata nauczał i sprawował sakramenty. Dziś wreszcie jego kondycja umożliwiła zorganizowanie wyprawy.

Wyprawa Ojca do katedry


poniedziałek, 1 maja 2017

Jubileusz Ojca

Nasz Ojciec Założyciel, bp Wacław Świerzawski, obchodził w tych dniach srebrny jubileusz sakry. Święcenia biskupie przyjął 28 kwietnia 1992 roku i tego dnia objął urząd ordynariusza diecezji sandomierskiej.

28 kwietnia 1992 roku, katedra sandomierska, święcenia biskupie ks. Wacława Świerzawskiego